Najdroższa kawa świata
Atrakcje,  Azja,  Indonezja,  Informacje

Prawdziwa cena najdroższej kawy świata.

Większość z Was na pewno słyszała już o tym wymyśle łechtającym próżność wyrafinowanych bogaczy. Na temat najdroższej kawy świata powstał niejeden program telewizyjny, artykuł w gazecie czy wpis na blogu. Eksperci wśród baristów z całego świata zachwycają się kawą wydobywaną z ….odchodów pewnych uroczych niewielkich ssaków. Jak wygląda prawda??

Ale po kolei. Najpierw dwa zdania wstępu o głównych aktorach tego dramatu. Łaskun muzang, łaskun palmowy, cyweta lub po prostu luwak, czyli niewielki ssak z rodziny wiwerowatych. Rodzina zwierząt bliżej nie znana mieszkańcom Europy. Zwierzak często nazywany jest kotem, co niekoniecznie musi być prawdą z punktu widzenia biologów. Ciało luwaka ma ok 60 cm, do tego dochodzi puchaty ogon mierzący jeszcze raz tyle samo. Z natury jest wszystkożerny i żywi się nie tylko owocami i roślinami, ale również owadami i niewielkimi gryzoniami. Informacje te będą bardzo istotne w kolejnej części tego artykułu.

Kopi Luwak – pod taką nazwą kryje się kawa produkowana głównie na wyspach indonezyjskich oraz w mniejszym stopniu w Wietnamie czy Filipinach. Jak sama nazwa wskazuje do wytworzenia tej kawy potrzebne są nasze zabawne luwaki, które lubią czasem skosztować świeżych wiśni kawowca. W ich urozmaiconej diecie jest to tylko niewielki dodatek, który spożywają głównie w celu zwalczenia dolegliwości jelitowych. Jego układ pokarmowy trawi tylko miąższ pozostawiając w całości ziarna. Zostają one jedynie nadtrawione przez enzymy trawienne oraz lekko sfermentowane przez bakterie. W takiej postaci przedostają się przez układ trawienny i zostają wydalone. Cały ten proces podobno zabija gorzki smak kawy i nadaje jej łagodnego aromatu o czekoladowo-karmelowym posmaku. Łatwo sobie wyobrazić jak żmudna musiałaby być to robota, żeby zbierać te odchody rozrzucone na tysiącach hektarów porośniętych najrozmaitszą roślinnością. Właśnie dlatego cena tego produktu jest tak ogromna. Za kilogram ziaren tego „niezbędnego do życia” napoju bogów musimy zapłacić ok. tysiąca dolarów. Cena dosyć wygórowana, prawda?

Ile kosztuje najdroższa kawa świata? - Życie paru zwierząt!

Realia tradycyjnie różnią się od wykreowanego obrazu, bo przecież jak człowiek mógłby nie skorzystać z łatwego wzbogacenia się kosztem cierpienia bezbronnych istot??

„Po co tracić godziny na szukanie zaledwie paru ziaren nadtrawionej kawy, skoro mogę złapać kilka zwierzaków i mieć do nich nieograniczony dostęp?” W ten sam sposób pomyślało tysiące Indonezyjczyków sprowadzając zagładę na te niewielkie ssaki. Ich los został w dużej mierze podyktowany przez stałe wzrastająca ilość turystów przybywających na Bali rządnych pozornego luksusu.

W jakich warunkach żyją luwaki? Zwierzęta trzymane są w odosobnieniu w ciasnych klatkach. Traktowane są jak roboty i karmione tylko i wyłącznie nasionami kawy. Potrzebne są przecież tylko do jej hurtowej produkcji, po co więc tracić czas i pieniądze na urozmaicenie pożywienia. Po spożyciu takiej ilości ziaren zwierzęta tracą kontakt z otoczeniem. Zachowują się jak pod wpływem narkotyków, wygryzają sobie futro, gryzą pręty, przeżywają koszmar. Dodatkowo są to przecież zwierzęta nocne, które na wolności przesypiają całe dnie w zacienionym miejscu. Hodowcy jednak zmuszają je do zabawiania turystów na pełnym słońcu wśród gwaru ulic i natarczywych klientów.

Naukowcy z Oxfordu wraz z pewną pro-zwierzęcą organizacją zbadali warunki w jakich trzymane było 50 osobników z 16 różnych plantacji na Bali. Wyniki okazały się być poniżej jakichkolwiek przyjętych norm dotyczących chowu zwierząt. Wielkość klatek, w których żyły zwierzęta nie pozwalała nawet na swobodne poruszanie się. Ich podłoga zbudowana była tylko i wyłącznie z prętów co sprawiało ciągły ból i dyskomfort. Nie zapewniano stałego dostępu do wody, a odchody były wszędzie.  Śmiertelność w takich hodowlach jest gigantyczna, a zwierzęta żyją w ciągłym strachu, bólu i przerażeniu.

Co to jest Kopi Luwak? Tania kawa z dodatkiem cierpienia i szczyptą krwi

Sytuacja zwierząt nie zniechęciła Cię do spróbowania tego rodzaju kawy? Istnieje jeszcze jeden powód dla którego nie warto wspierać tego irracjonalnego biznesu – jest nim sama kawa, której smak i właściwości daleko odbiegają od tych oczekiwanych. Zwierzęta dzikożyjące mając nieograniczoną ilość drzew kawowca obrośniętych setkami apetycznych ziaren instynktownie wybiorą te najlepsze. Luwaki pozbawione wolności skazane są na pożywienie otrzymywane od człowieka, a ten karmi je najgorszym i najtańszym typem ziaren – robustą lub tanią arabiką. Również nie bez znaczenia jest stan fizyczny i psychiczny zwierząt. Ciągły stres związany z bólem i cierpieniem oraz nieodpowiednia dieta wpływają bezpośrednio na smak kawy. Ziarna przechodzą przecież przez cały układ trawienny zwierzęcia! Tajemnicą nie jest również fakt, że w fekaliach oprócz ziaren znajduje się również ogromna ilość krwi. Organizm zwierzęcia jest wycieńczony i po prostu umiera.

To prawda, że Kopi Luwak jest najdroższą kawą świata – nie jest jednak najlepszą. 

Torturowanie zwierząt wydaje się być szczytem okrucieństwa? Nic bardziej mylnego. Ci ludzie zaślepieni pieniądzem bez problemu skłamią na temat pochodzenia kawy patrząc Ci prosto w oczy. Bez skrupułów napiszą również informację na ścianie swojej kawiarni na temat naturalnego pochodzenia sprzedawanej kawy.

Sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli. Dowodem na to jest śledztwo dziennikarzy BBC z 2013 roku, które ujawniło, że kawa pochodząca z hodowli klatkowej sprzedawana jest w całej Europie jako kawa zdobywana od dzikich zwierząt. Należy pogodzić się z informacją, że tylko niewielki procent hodowców prowadzi ten interes w szczery i niekrzywdzący sposób i istnieje raczej małe prawdopodobieństwo spotkania ich na Bali lub pobliskich wyspach.

Moje spotkanie z indonezyjską rzeczywistością

Chciałabym podzielić się z Wami moimi doświadczeniami i odczuciami związanymi z powyższym tematem oraz opowiedzieć o spotkaniu z lokalnymi producentami i sprzedawcami Kopi Luwak. Szczerze mówiąc przed wyjazdem do Indonezji nie wiedziałam prawie nic na temat tego produktu oraz realiów związanych z jego produkcją. Od zawsze wszystkie atrakcje turystyczne, w które przymusowo wplątane są zwierzęta zapalają u mnie czerwoną lampkę, dlatego jeszcze przed wyjazdem przejrzałam dostępne w internecie materiały związane z tematem. Postanowiłam odnaleźć na miejscu ekologiczną plantację owej kawy. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że będzie to praktycznie niemożliwe…

W trakcie poznawania Bali trafiłam przypadkowo na dwie kawiarnie znajdujące się po przeciwległych stronach rzeki. Informacje znalezione na szybko w internecie mówiły, że obie zarzekają się nie trzymać „kotów” w niewoli. Dodatkowo obydwa całkowicie niezależne od siebie miejsca nazywają się praktycznie tak samo, czyli „Eco Cafe”. Podejrzane!

Obie „Eco Cafe” znajdywały się na szlaku wiodącym wokół wodospadu i już na samym jego początku ostentacyjnie przywitały nas ręcznie napisane tabliczki informujące bezpośrednio, że kawa sprzedawana w pierwszym miejscu pochodzi od zwierząt żyjących na wolności. Ochoczo podążaliśmy więc za znakami, które doprowadziły nas do niewielkiego budynku z pięknym widokiem na wodospad oraz…. całą stertą plastikowych słomek, talerzyków, kubeczków. Chwileczkę. Jak ktoś tak wielce świadomy sytuacji zwierząt może bez zawahania używać ton plastiku w kraju, w którym bambus dosłownie leży na ulicy?? Dodam tylko, że po drodze mierzącej ok 2 km  natknęliśmy się na jeszcze dwa kolejne znaki identyczne jak ten spotkany na starcie. Sprawdzenie menu utwierdziło nas jeszcze bardziej w przekonaniu, że mamy do czynienia z jednym wielkim matactwem. 5 zł za kubeczek rzetelnie wyprodukowanej kawy? Cena powinna być co najmniej trzy razy wyższa. Podeszliśmy więc do właściciela, który rozentuzjazmowany przywitał nas pogawędką przeprowadzoną oczywiście płynnym angielskim. Pana najwidoczniej męczyła jednak amnezja, ponieważ szybko zapomniał jak posługiwać się danym językiem, gdy tylko spytaliśmy go skąd możemy mieć pewność, że nie wykorzystuje zwierząt. Jego odpowiedz zaczęła być chaotyczna i brzmiała mniej więcej tak: „Śpię sobie w nocy. Mam psa w ogrodzie. Pies szczeka. Głośno szczeka. Biegnę tup tup. Wiem, że to cywety. Zbieram ziarna. Robię kawę.” Bez cienia wątpliwości stwierdziliśmy, że jest to miejsce,  którego nie chcemy wspierać i odeszliśmy zasmuceni i rozczarowani. Wszystko wskazuje na to, że mężczyzna bez cienia zwątpienia postawił tabliczki zawierające zwykłe kłamstwa i wierutne brednie, które później z uśmiechem na twarzy powtarza naiwnym klientom. Może i jakaś część kawy pochodziła od dzikich zwierząt, ale jego plantacja była tak niewielka, że ledwo pokryła by 10% zapotrzebowania. Dodam, że jego kawiarnia wypełniona była po brzegi turystami z Australii, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Przecież na tabliczce pisało…

W tym momencie pełna wściekłości wymieszanej ze smutkiem odpuściłam sobie szukanie igły w stogu siana i już tylko „dla zasady” weszłam do kawiarni po drugiej stronie rzeki.

W środku spotkaliśmy dwie kelnerki, które od progu przywitaliśmy tym samym pytaniem. Ich angielski był zaledwie komunikatywny, więc nie od razu zrozumiały o co właściwie nam chodzi. Dopiero po chwili pokazały nam wymiętolony numer australijskiego czasopisma , który zawierał artykuł oraz wywiad z właścicielem dobytku. Artykuł poświęcony był właśnie Kopi Luwak i znaczna jego część informowała czytelnika o realiach tego biznesu. Bez problemu znaleźliśmy informację jakoby właściciel, czyli Pan Budi był jedynym z niewielu hodowców używających ziaren pochodzących tylko i wyłącznie od dzikich cywet. Powiało wiarygodnością! Czy to możliwe, że australijskie szanowane czasopismo opublikowałoby aż tak niesprawdzone informacje? Patrząc z drugiej strony- mało głupot czyta się w dzisiejszej prasie? Wspomniane wcześniej pani poinformowały nas, że właściciel znajduje się w drugiej jego restauracji i na pewno chętnie z nami porozmawia. No to w drogę!

Na miejscu  od razu poprosiliśmy właściciela i zaatakowaliśmy go tym samym pytaniem. Nie oczekiwaliśmy niczego innego niż rozczarowania, które zaserwował nam poprzedni hodowca. Mężczyzna wyglądał na zdziwionego, a jednoczenie zadowolonego z naszego zainteresowania i zbliżającej się możliwości dyskusji. Nasza rozmowa trwała prawie dwie godziny i oto czego się dowiedzieliśmy. Budi był konstruktorem budowlanym, który wiele lat spędził pracując m.in. we Francji. Kawa jest jego ogromną pasją, a nie źródłem utrzymania, ponieważ po latach spędzonych w Europie na brak pieniędzy narzekać nie może. Plus dla wiarygodności. Z jego płynnej  i profesjonalnej wypowiedzi wynikało, że zdaje sobie doskonale sprawę z sytuacji panującej w Indonezji. Wyglądał na całkiem przejętego bezczeszczeniem miłości jego życia – ziaren kawy. Nie był to typ aktywisty pro-zwierzęcego, ale na temat procesu produkcji kawy wiedział wszystko. Wiedział również, że kawa pochodząca z hodowli klatkowej jest po prostu nie do przyjęcia, a jej smak i właściwości całkowicie odbiegają od tych pożądanych. Celem tego producenta było przede wszystkim wyprodukowanie jak najlepszej kawy, ale zasady były poprawne i bardzo ważne – przede wszystkim zdobycie ziaren od wolnych, zdrowych i szczęśliwych zwierząt. To właśnie on uświadomił nas jaki wpływ ma zdrowie psychiczne i fizyczne zwierzęcia na smak i jakość ziaren kawy.

Spytaliśmy go również czemu nie posiada żadnego certyfikatu podpisanego przez organizację pro-zwierzęcą . Spojrzał na nas jak na typowych utopijnych Europejczyków i odpowiedział: „Na Bali? Tu nie ma takiego czegoś”. Taka jest też niestety smutna prawda. Regulacje prawne nie sięgają tematu zwierząt, a znalezienie organizacji, której celem jest szczera bezinteresowna pomoc, graniczy z cudem. Ale o tym opowiem następnym razem.

Wychodząc z kawiarni dostrzegliśmy ukradkiem wiszący w rogu sali zapomniany papierek przypominający coś na kształt gratulacji za nieprzykładanie ręki do krzywdy zwierząt. Dlaczego nie został umieszczony na środku restauracji i na wszystkich możliwych portalach społecznościowych? Ponieważ turyści i tak nie zwracają uwagi na to jak wielką cenę za ich fanaberię płacą biedne cywety, a temu mężczyźnie nie zależy na zrewolucjonizowaniu Indonezji, tylko na wykonywaniu swojego hobby najlepiej jak umie. Jeżeli turyści wolą kupować i spożywać pseudo kawę, która niczym nie przypomina tej oryginalnej – to ich problem. Niestety w tym przypadku jest to przede wszystkim problem biednych zwierząt, nad których losem pochyliła się już niejedna organizacja. Na razie niestety jednak bezskutecznie.

Przechodząc do sedna sprawy. Możliwe, że Budi jest jednym z nielicznych producentów pozyskujących ziarna od wolnych cywet. Ja osobiście jestem nawet w stanie mu zaufać i uwierzyć w jego słowa. Chciałabym jednak zaznaczyć, że wróciłam z Indonezji bez skosztowania tego niewątpliwie luksusowego napoju i jestem z tego powodu naprawdę szczęśliwa. Nie mam potrzeby wspierania tego irracjonalnego biznesu jeżeli istnieje chociaż niewielkie prawdopodobieństwo, że wiąże się to z cierpieniem jakiegoś kotopodobnego żyjątka.

Jedziesz na Bali? Jak możesz pomóc?

– Nie kupuj kawy Kopi Luwak nawet z rzekomej hodowli ekologicznej – na 90% jest to kłamstwo!

– Nie korzystaj z usług firm mających w swojej ofercie wycieczki i degustację Kopi Luwak. Bądź odpowiedzialny za to co wspierasz!

– Nie wierz we wszystko co powie Ci indonezyjski sprzedawca. Nie ważne jak bardzo przekonujący będzie.

Nie masz w planach podróży na bali? Nadal możesz pomóc!

– Nie kupuj Kopi Luwak nawet w krajach europejskich lub online. Naprawdę jest Ci ona potrzebna do pełni szczęścia?

– Znasz kogoś kto wybiera się do Indonezji? Uświadom go! Wiele ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy z zaistniałej sytuacji.

– Udostępnij i przekaż dalej w internecie informacje na ten temat – może to być mój post, który właśnie czytasz.

– W związku z rozrastającą się modą coraz więcej celebrytów i znanych osób wyjeżdża na Bali i dzieli się pełną relacja na swoich portalach społecznościowych, w tym również ekscytacją na temat Kopi Luwak. Pamiętaj – to Ty wybierasz kogo obserwujesz i podziwiasz. Nie wspieraj obojętności!

Chciałam napisać jakieś dwa mądre zdania podsumowania, ale poświęćmy sekundę na przeanalizowanie sytuacji. Miliony turystów zachęconych modą i tanim luksusem co roku przybywa na Bali. Wydają miliony dolarów, aby napić się kawy zrobionej z fekaliów jednego konkretnego gatunku zwierzęcia sprowadzając tym samym zagładę na całą ich populację. Za parę lat luwaki wyginą i kogo układ pokarmowy oraz wydalniczy zostanie wtedy wykorzystany? Człowieka?

Wypicie kawy zrobionej z gówna w imię której umierają zwierzęta– oto wyznacznik bogactwa w dzisiejszym świecie !?

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.